Zmiana sposobu życia czyli kiedy jesteśmy gotowi na transformację

W tym roku zmienię styl swojego życia. Będę mniej imprezować, mniej pić alko, rzucę palenie, ograniczę toksyczne kłótnie, przestanę prowadzić destrukcyjny styl życia, zbuduję zdrową relację, postawię na samorozwój i zmniejszenie dramy, która mnie otacza. Wiele z nas stawia sobie cele wokół tych, które wypisałam powyżej. Czasem jest to jeden cel, czasem wszystkie. Przyglądam się dziś procesowi zmiany i zastanawiam się czym jest ten magiczny składnik, który umożliwia przeprowadzenie transformacji.

Założenie jest konkretne: zmiana sposobu życia. Mniej destrukcyjnych więcej rozwojowych zachowań. No dobra, ale jak to zrobić? Za rogiem czycha milion wymówek. No prowadzę destrukcyjny styl życia, “wpadam” w krótkoterminowe lub “toksyczne” związki, bo przecież miałam trudne dzieciństwo więc wiadomo, że musi być ze mną coś nie tak. Mama mnie nie tuliła albo tuliła, ale ojciec mnie odrzucił i teraz mam daddy’s issues. No logiczne, bywa. Pochodzę z rodziny alkoholowej albo przemocowej albo jedno i drugie – jestem skazana na niepowodzenie. Przeżyłam traumę i mam prawo oczekiwać od innych, że to zrozumieją. Albo byłam nadmiernie karana, trzymana pod kloszem, ciągle upominana, gaszona, niedostrzegana, tłamszona albo miałam za dużo swobody i nikt się mną nie interesował. No nic dziwnego, że teraz mam trudności w codziennym życiu. W dzisiejszych czasach mamy wokół tyle edukacji w obszarze psychologii, że wiele z nas wie doskonale jakie jakie obsługuje zaburzenia czy dysfunkcje i skąd one się biorą. 

Szkoda tylko, że nasza edukacja o trudnościach w codzienności kończy się na samodiagnozie. No bo co dalej? Terapia? Łee, to nie dla mnie. Coaching? Jeszcze czego, na mnie nie działają takie sztuczki. Samorozwój? No niby dobry kierunek, ale od czego tu zacząć? Tak oto tułaczka trwa. Nieszczęśliwi wplątani w związki czy małżeństwa bez miłości, nie możemy znaleźć odpowiedzi, jak u licha o tego doszło? Siedząc na jednym stanowisku w korpo za płacę, która ledwo starcza od wypłaty do wypłaty, zdemotywowani myślimy sobie: no tak już mam. Jestem skazana na niepowodzenie, nic lepszego nie osiągnę albo co będzie jak spróbuje, ale się nie uda. I tak tkwimy w tym samym, a lata lecą. Wewnętrzny krytyk robi robotę sabotując nasz rozwój, zaniedbane „self” kuli się gdzieś tam w kąciku i życie się kula z nami na drugm planie. Udaje się przetrwać z chwili na chwile zaślepiając trudności chwilowymi atakami dopaminy dostarczonej przez alkohol, sex czy innego rodzaju chwilowe przyjemności. 

Analizuję tą całą ścieżkę. Dobrze ją znam i doskonale ją rozumiem, bo sama nią podążałam. Byłam tą zagubioną dziewczyną stawiającą sobie wszystkie cele z pierwszego akapitu. Próbującą odwrócić swoją uwagę chwilowymi strzałami dopaminy, które nigdy nie działały na dłuższą metę, a wręcz w dłuższym dystansie pogorszały sytuację. Owszem, osiągałam swoje cele, ale krótkoterminowo. Na tydzień, na miesiąc, ale trudności wracały zawsze jak bumerang. 

Dlaczego? 

Bo budowałam na starych fundamentach ulepionych z wymówek. Jeśli miałabym dziś podzielić się z Wami moim świętym Graalem i magicznym składnikiem zlepiającym małe faktory zmiany w całość byłby to: wzięcie odpowiedzialności za swoje życie. Każdemu, niezależnie od rodzaju traumy czy trudnych przeżyć, każdemu należy się współczucie. Każdemu należy się utulenie tego co się wydarzyło, nawet popłakanie nad tym, pogłaskanie, przejście żałoby, pożałowanie siebie i ukochanie. ALE w pewnym momencie przychodzi czas na wzięcie odpowiedzialności za swoje życie. Nie jesteśmy winni temu co nam się przydarzyło, nie mamy na to wpływu, nie jesteśmy za to odpowiedzialni. Natomiast jesteśmy odpowiedzialni za to co teraz i za to co przed nami. Życie przeszłością czy usprawiedliwianie aktualnych działań tym, że w przeszłości coś się wydarzyło nigdy nie będzie nam służyło i będzie blokowało jakąkolwiek zmianę. Jeśli nie potrafię utulić tematu, przejść żałoby i ruszyć do przodu sama – szukam pomocy. Ja jestem odpowiedzialna za swoje życie teraz. Pływanie w goryczy i żalu do przeszłości będzie zawsze działało na moją niekorzyść i blokowało jakąkolwiek szansę zmiany sposobu mojego życia. Dopiero wzięcie odpowiedzialności za siebie pozwala na faktyczną, niesamowitą transformację. To jest moment, od którego wszystko zacznie się zmieniać. Na lepsze. Dopiero kiedy to zrozumiesz – będziesz gotowa na transformację i polepszenie jakości swojego życia.